
Dzięki naszym couchsurfingowym gospodarzom Prunelli i Grahamowi, Perth odkryło przed nami swoje najlepsze zakamarki.
Ta najbardziej odosobniona metropolia świata z 2 mln mieszkańców, choć nie może poszczycić się zabytkami bo założone było niecałe 200 lat temu, ma się czym pochwalić. City to miejsce z kilkoma wieżowcami należącymi głównie do banków i kompani górniczych lub naftowych.
Symbolem miasta umieszczonym na jego herbie są czarne łabędzie, które można spotkać nad rzeką Swan (Łabędzią).
Jako, że Aussie z Perth oddaleni są od Sydney czy Melbourne oraz w sumie całego świata nie spieszą się, nie denerwują, wiodą spokojne i dostatnie życie. Chyba jedynym powodem do zmartwienia może być brak wody. Na każdym kroku przypomnienie: oszczędzaj wodę, spłukuj połową, wyłącz aby się nie zmarnowała.
Jest jeszcze jedno: susze. Z tego powodu wszędzie są ogólnodostępne miejsca do grilowania zaopatrzone w butle gazowe- klikasz i smażysz, wszystko po to, aby nie rozpalać ognisk i tym samym nie zaprószyć pożaru.
W buszu prowadzone są kontrolowane wypalania, aby ograniczyć ryzyko pożarów latem. Dlatego też dzisiaj Perth pokryło się mgiełka, a właściwie lekkim dymem z odległych wypalań.
Obskoczyliśmy przy okazji spaceru kilka placów zabaw, gdzie na zielonej trawce całe rodziny robią sobie weekendowe pikniki. Przepłynęliśmy promem na drugi brzeg rzeki, która w mieście tworzy zatoki gdzie śmigają żaglówki.
Wieczorem zostaliśmy zaproszeni do Ingrid i Józefa, mających polskie korzenie (Ingrid miała ojca Polaka a Józef oboje rodziców Polaków).
I nie uwierzycie – na stole pojawił się prawdziwy polski BIGOS🤩🤩🤩