
„Mamo, tato,
widzę Australię!”
Słowa te wypowiadane w trzech tonach zabrzmiały w momencie, kiedy za oknami samolotu dzieci wypatrzyły wybrzeże czerwonego kontynentu. Ich ekscytacja i wyczekiwanie objawiły się zresztą jeszcze przed startem, kiedy w końcu dotarło do nich, gdzie tak naprawdę lecimy.
Zostaliśmy tutaj przywitani serdecznie, jak nigdzie dotąd.
Przez urzędnika odprawy paszportowej z kolczykiem w uchu, który żartem i uśmiechem rozładował sytuację płaczu Tomka po przytrzaśnięciu palców.
Przez inspektora kontroli agrokulturalnej (musielismy zaznaczyć w stosownej deklaracji, czy wwozimy cokolwiek do jedzenia i czy mamy brudne buty po wędrówkach w chińskich górach), który opowiedział nam o swojej synowej z Polski.
Przez napotkanych ludzi, którzy życzliwie tłumaczyli dalszą drogę.
W końcu przez Prunellę i Grahama oraz ich trzech synów, którzy otworzyli dla nas swój dom i swoje serca.
Jesteśmy pierwszy raz na couchsurfingu. Pierwszy raz podczas tej podróży i pierwszy raz w życiu.
Wynalazca jego powinien dostać społecznego Nobla!
Kiedy wynajmujesz pokój w hotelu czy hostelu – jesteś w danym miejscu, ale na zewnątrz społeczności.
Kiedy serfujesz na czyjejś kanapie – czujesz się jakbyś mieszkał tu od dawna.
Poznasz okolicę, sąsiadów, rodzinę, zwyczaje, otrzymasz podpowiedź gdzie najlepiej zrobić zakupy, co warto zobaczyć lub gdzie warto być.
A może tak, jak my – pyszną domową lazanię.
Tomek, nie chcąc iść na spacer po okolicy, został dziś godzinę sam w domu z Grahamem, którego nigdy na oczy nie widział.
Wieczorem cała trójka została z synami właścicieli (najstarszy ma 13 lat), a my wszyscy dorośli mogliśmy podjechać do Perth zobaczyć nocną panoramę jego city.
Tym samym po raz pierwszy mieliśmy wieczór „dla siebie”:-).
Zresztą bardzo przyjemny – po pierwszym prawdziwie letnim dniu, gdzie termometr wskazywał 35 stopni – na początku nocy było już tylko jakieś 25 kresek.
Australia, we love You!